Ranczo w Dolinie – pojechaliśmy na wieś

Razem z Kasią wpadliśmy na pomysł, że ostatnie dni marca przesiedzimy w jakimś ciekawym miejscu. Jako, że nie lubimy zgiełku i każdą wolną chwilę spędzilibyśmy najlepiej na szczycie Mont Blanc, nasz wybór padł na Ranczo w Dolinie, oddalone od Poznania o kilkadziesiąt kilometrów. Las, wiejska zabudowa i dużo, dużo spokoju, czyli to, co cenimy najbardziej, myśląc o wakacjach.

Miejsce rzeczywiście było na końcu świata. Ostatnie 20 minut drogi pokonaliśmy tylko lasem, gdzie nie spotkaliśmy żadnego stworzenia oprócz kilku saren. Czułem się trochę jak bohater horroru, który jedzie do jakiegoś opuszczonego gospodarstwa, by przeżyć swoją ostatnią przygodę.

Gdy zajechaliśmy, okazało się że Ranczo nie jest żadnym opuszczonym gospodarstwem z horroru, tylko dużą gospodą z salą, restauracją i kompleksem obiektów noclegowych. Spotkaliśmy nawet kilka ludzi 🙂

Poniżej zdjęcie przedstawiające ścieżkę do Rancza.

W Poznaniu jest sporo drzew w centrum, jednak żadne z nich nie ma owoców. Te w mieście są niemile widziane, ponieważ gdy spadną, ktoś musi je posprzątać. Na wsi nie ma to znaczenia, ponieważ zostają one chętnie przyjęte przez ziemię albo zwierzęta. Widok dzikich jabłoni kojarzył mi się ze scenerią książek Wiesława Myśliwskiego, czyli taką zastygniętą w czasie wsią, wyjętą spoza nawiasów historii.

Pogoda nie rozpieszczała, jednak udało się zrobić jedno ciekawe zdjęcie zachodowi słońca. Widok na zagrodę dla owiec, a za nią rozciągające się mokradła.

Owce w Ranczu nie były zwykłymi owcami - przez większość czasu namierzały nas swoimi owczymi radarami. Obserwowały nas nawet wtedy, gdy byliśmy zamknięci w domku:

Na wsi chodzą słuchy, że to wcale nie owce, a uwięzieni pracownicy Allegro. Właśnie w ten sposób Amazon ma pozbywać się konkurencji, by w odpowiedniej chwili wejść do Polski i zawładnąć rynkiem e-commerce.

W przeciwieństwie do owiec, królik był bardziej towarzyski i chętnie przywitał się z naszym Piccolo:

Po obiedzie poszliśmy przywitać się z lasem. Spotkaliśmy Panią sarnę, norę Pana lisa i domki Pana ptaka. Na jednej ze ścieżek pojawił się nawet Pan koń z dwoma opiekunami. Las był bardzo tajemniczy i wydawało się, że za każdym drzewem czai się jakieś stworzenie.

Powietrze było czyste, a gałęzie tak bardzo, bardzo interesujące. Jak nigdy!

Szliśmy długo przed las, czując się jak intruzi. W ziemi było pełno otworów, a z nich obserwowały nas chrząszcze, gryzonie i zgaszone lampki lisich oczu. Na polanie znaleźliśmy ślady nocnych łowów: sarnia czaszka i owczy róg, przez który wiatr gra zwierzętom swoje serenady.

Przedarłszy się przez śmiercionośne chaszcze, dotarliśmy do krainy, gdzie żyją bagienne stworzenia.

Zaleźliśmy też opuszczoną osadę, gdzie widma nieszczęśliwie zakochanych przychodzą łowić ryby i popatrzeć w gwiazdy:

Po skończonej przygodnie trzeba było już wracać do domu 🙂

Brak komentarzy.

Prześlij komentarz